Są takie wieczory, kiedy naturalnie zwalniamy. Listopad przynosi ciszę, refleksję i gotowość do powrotów – do wspomnień, uczuć i historii, które w nas żyją, nawet jeśli na co dzień są przykryte warstwą działania. W jednym z takich wieczorów sięgnęłam ponownie po twórczość Irvina D. Yaloma.
Po jego opowieści psychologiczne – czułe, głębokie, pozbawione banału – trafiłam około dwóch lat temu. Szczególne miejsce zajmuje dla mnie jedno z opowiadań zawartych w zbiorze Mama i sens życia. To historia relacji autora z matką. Relacji trudnej, niejednoznacznej, a jednocześnie formującej. Wróciłam do niej świadomie, bo doświadczenia Yaloma i jego wewnętrzny dialog z matką są mi bardzo bliskie.
Strata, która zmienia wszystko
Mamę straciłam wcześnie – miałam siedemnaście lat. Odeszła osoba, która dała mi życie, była moją nauczycielką, autorytetem, towarzyszką dziecięcych doświadczeń. Kimś, kogo obecność wydawała się oczywista także w moim dorastaniu. Stało się jednak inaczej.
Tamtej sierpniowej nocy mój bezpieczny świat, w którym czułam się kochana, runął. Od tego momentu scenariusz mojego życia pisał się już bez jej fizycznej obecności. A jednak – paradoksalnie – nigdy nie czułam, że naprawdę zniknęła.
Jej obecność trwała we mnie. Podświadomie konfrontowałam swoje decyzje z jej wizją świata – tą, którą zapamiętałam. Czułam też jej „wewnętrznego krytyka”, bardzo wyrazistego, z którym buntowałam się już jako dziecko. Ten głos długo mi towarzyszył – czasem wspierająco, czasem uwierająco.
Największa wdzięczność
Jest jednak coś, za co wdzięczność wobec mojej mamy jest we mnie największa.
Potrafiła akceptować wszystkie moje dziwactwa i szalone pomysły – zarówno w dzieciństwie, jak i w okresie dorastania. Nigdy nie mówiła: „dziewczynki tak się nie zachowują”, kiedy darłam rajstopy, skacząc po płotach czy wspinając się na drzewa. Żartowała, że kolejne rajstopy będą zrobione z drutu.
Akceptowała moją dziką, wolną naturę. Mój bunt wobec konwenansów i społecznych norm. Moje pragnienie bycia sobą – nawet wtedy, gdy to bycie nie mieściło się w żadnych ramach.
Wolność jako dar
Dziś chcę wyrazić wdzięczność mojej mamie za coś bardzo konkretnego i jednocześnie bezcennego: za możliwość kosztowania wolności. Tej, której zawsze potrzebowałam. Tej, która dzięki niej pozostała we mnie.
To właśnie ona sprawiła, że mogłam po latach do tej wolności powrócić. Że nie zagubiłam jej całkowicie po drodze. Że mam w sobie wewnętrzną przestrzeń, w której mogę oddychać pełną piersią.
Moja Mama – w dużym kawałku tego, kim jestem – stanowi dziś o sensie mojego życia.
I być może właśnie o tym jest ta zaduszkowa nostalgia: o pamięci, która nie zatrzymuje w przeszłości, lecz cicho prowadzi dalej.